Przedcisze (fragm.)

 

* * *

 

przetykane jodłami chałupy
przykrył durszlak z gwiazd
i polizane śniegiem dachy
wymrucza z komina
czarna kita

przechwyciły ciszę
zmrożone kawki
świat się kończy na marzeniu
o pieczonych słońcach
z ogniska
 

* * *

przedświt rozgwieżdża
księgę Dewarim
zasiadają wtedy
starożytni nestorzy Talmudu
wychodzą zza mroku
mądrzejsi o kilka zwojów rabini
chwila
nasączona komentarzami
osiada płonącą świecą
na wzniesieniach przymierzy
mam tylko w dłoniach
cieniutką sekundę bawełny
jak mawiał raw Lejb Mochia:
„codziennie jestem o dzień
od śmierci”



* * *

zasadzona na wzgórzu
wykuta z jednego ziarna
dębowa menora
rozpala obecność Jahwe
siedmioma gałęziami

oświetla ścieżkę
do drzewa życia
kabalistycznej mądrości wybawionych

lecz ja należę do pokolenia pustyni
i tułam się
zwieszony nad kręgiem śladów

szukam odcisków Boga
a znajduję
złe skłonności
do ślepoty

czasem czuję ciepło
tętniące ze świętych wzniesień
skłaniające ku namiotowi
wiecznego bezpieczeństwa
coraz to jednak
grzeszni Midianici
sprzedają mnie jak Józefa




* * *

kominy wydychają
tęsknotę za ciepłem
trującą
jak nasze fobie

spłoszone ptaki
z nadpalonymi piórami
zrywają się do bólu

wznoszą żalem skrzydła
do stwórcy
upraszając zbawienie
dla spopielonych dzieci

wydeptaną na śniegu petycją
nie bluźnią
solidarne z Hiobem



Wspomnienie (II)

bywa
po sierpniu pociąg – świerszcz
zwozi myśli na tamte pola
znów falują piersi pagórków
układam w snopki
wiewiórcze trzepoty serca
i dalej
zlepione nocą szyny
znajdują onieśmielone stacje
figlarne źrenice
ze skaczącymi zajączkami gwiazd

płynę

łany zbóż
dyktują wiersz trzmielom
przepisawszy go
umieszczam na rycinie
rozpalonego ziemiopłodu metafor


* * *

sowa zahukała żałobnie
nad usypanymi na zrębie
mogiłkami gałęziówki
zwieziono cielska
rodzimych sosen
i spadły upiory
rozsypując
hebrajskie znaki mrówek

na porośniętych echem pniach
wiatr zapisuje
mroczną legendę
o obaleniu wiary
w korzenie


Złamana drabina Jakubowa

spadłem do starożytnej puszczy
zasadzonej szponem
pana tego świata
tym razem nie oferował
kamiennego chleba
anielskich puchów
sytości rządów

postrzelił gangreną duszy

poruszone przełykiem nocy korzenie
wrosły w pozbawiony żył
odwłok pustki
sine cierniowe drzewa
kołysane psychodelią
wytoczyły żółć
wenerycznymi dziuplami

zamarłem nienakarmiony wierszem

spod liści
kąśliwe schizmatyków spojrzenia
splunęły cierpkim credo:

,,przenośnia to tylko
zagwiezdna rzeczpospolita”



Bóg ograniczony

w żywym zwoju Tory
Potężny Adonai
trzęsie gałęziami drzew
marszczy czoła
zaspanych jezior
układa przesłanie
z milionów permutacji
ptasiego alfabetu

zaciąga kołdrę
i jest noc
potem czuwa
mrożąc oko księżyca

czeka

nie rozgryza orzecha
granitowych serc
gdy śpimy
na cudzołożnych posłaniach
On wszech...
On ponad...
spogląda na dźwigających
młyńskie kamienie
czy aby nie zadepczą
ziarna
metafizycznej gorczycy
krępującej SŁOWEM
Jego stwórczy majestat

a zobaczywszy
pochyla się
podnosi
zdmuchuje kurz powszechności

i staje się Bogiem

i staje się człowiek





 

* * *

na korytarz szpitala
wypływają imaginacje
poszufladkowane w pokojach
wrażliwości
nieśmiało uśmiechnięte
rozumieją inność
za murem
odwróconego świata
w lustrach oglądają
nie swoje twarze
chodzą po plażach
gdzie z wyższych poziomów
zlatują mewy pielęgniarek
nocą zagrzebane w sen
przetaczają kamienie
psychoz

------------------------------------------

Wydawca: Samorządowa Agencja Promocji i Kultury
Szczecinek 2008
Druk: Tempoprint
ISBN 9788361291008